|
|
||
SPOTKALI SIĘ NAD NYSĄ |
27.04.2007r. | |
|
Problem osadnictwa i zaszczepianie
na Ziemiach Odzyskanych nowego życia stanowił swego czasu jeden z bardziej
ciekawych tematów społecznych polskiej literatury. Nieprzypadkowo tą tematyką
zainteresowała się Wanda Pawlik. Powstała w 1969 r. powieść „Spotkali się nad Nysą”
opowiada o zmianach zaszłych po drugiej wojnie światowej na Ziemi Nyskiej oraz
o życiu jej mieszkańców. Dlatego chyba książka debiutującej nyskiej pisarki
została tak dobrze przyjęta przez czytelników i krytykę. Literatura
o Ziemiach Zachodnich znów ma ciekawą książkę. Nową powieść ma Opolszczyzna
i to taką, która coś istotnie załatwia w naszym życiu i coś posuwa naprzód
- pisał Jan Pierzchała.[1] W książce tej autorka wykorzystała
swoje obserwacje uczniów poczynione w szkole, w której uczyła. Jako
nauczycielka skrzętnie zapisywała wszystko, co tyczyło jej uczniów i pracy
z nimi. Notatki te zbierała w ciągu dziesięciu lat. Na początku swojej pracy
pedagogicznej prowadziła klasy, do których uczęszczała młodzież z różnych
regionów Polski. Były to dzieci repatriantów zza Buga i osadników z centralnej
Polski. Największą jednak grupę stanowili Ślązacy repolonizowani na
specjalnych kursach. Z obserwacji i notatek powstała powieść. Autorka akcję powieści umiejscawia
nieopodal Nysy. Nim jednak spotykamy się z bohaterami na podnyskiej wsi, na
drugim końcu Polski, nad Narwią ginie Hans Kurpierz - młody Ślązak, pochodzący z tej
właśnie wsi. Sprawcą jego śmierci jest młody oficer polskiej armii, Jan. Wraz
z zakończeniem wojny do rodzinnej wsi Hansa przybywają osiedleńcy z różnych
stron Polski. Przyjeżdżają repatrianci zza Buga, osadnicy z centralnej Polski,
żołnierze - wśród nich także Jan. Wszyscy oni niosą ze sobą niepokój
o przyszłe życie, jakie zgotuje im los, dźwigają obciążenia obyczajowe,
przesądy, uprzedzenia, własną kulturę. Spotykają tu rodowitych Ślązaków
i Niemców, którzy z różnych powodów nie wyjechali. Zetknięcie się w jednym
miejscu ludzi tak różnych stwarza pełną dramatyzmu mieszankę obyczajów, gwar
i tworzących się na tle narodowościowym konfliktów. W większości bohaterowie tego
utworu są bohaterami rzeczywistymi. Korobczukowie pochodzą ze wschodu.
Mieszkający w sąsiedztwie Brzostkowie przybyli na Opolszczyznę spod Kielc.
Murdochowie to stara rodzina opolska o dużym poczuciu więzi z ojczystą ziemią.
Natomiast rodzina Kurpierzów to Ślązacy, przywiązani do swej tradycji,
niechętni Polakom. Stara Hedwig Kurpierz nie umie i nie chce prawie do śmierci
znaleźć wspólnego języka z przybyszami. Jej córka Agnes jest zagubiona w nowej
rzeczywistości, rozdarta między polskością a śląską tradycją swojej rodziny,
nie potrafi zaaklimatyzować się w nowej rzeczywistości. Między nią a Janem
rodzi się miłość. Młody oficer chciałby w tym związku odnaleźć to, czego
pozbawiła go wojna - żonę i dziecko. Jednak twarz Agnieszki za bardzo
przypomina mu twarz niemieckiego żołnierza, któremu zadał śmierć. Nie mogąc
znieść poczucia winy, Jan ucieka, nie zważając na syna. Los karze go śmiercią
chłopca i całkowitym odejściem Agnes nie tylko od niego, ale i od polskości.
Jan uświadamia sobie ogrom straty. Chciałem odwetu na Niemcach za zdruzgotane
życie, więc wziąłem ją sobie jak ostatnią dziewkę, anim pomyślał o niczym.
Sponiewierać chciałem i zostawić, lecz nie umiałem, bo ... Za co mnie ta
głupia pokochała? Porządna była dziewczyna, zawsze chętna i dobra… I to moje
dziecko ... także udane...[2]
Gnany wyrzutami sumienia Jan wyjeżdża. Umiejętność wydobycia przez
autorkę spraw istotnych, oparcie się na ogromnym doświadczeniu (wynikającym
z kontaktów z mieszkańcami okolicznych wsi) nadaje powieści charakter
autentycznego przekazu spraw i problemów ówczesnej podnyskiej (i nie tylko)
wsi. Gdy po latach dochodzi do przyjaźni między Ślązakoma a przybyłymi na te
tereny Polakoma, jasnym się staje dla tych ludzi fakt, że jedna jest Polska
dla nich wszystkich. Fakt ten uwidocznia się szczególnie wtedy, gdy umierająca
stara Hedwig przekazuje swą ostatnią wolę Weronce Brzostkowej, powierzając jej
opiekę nad Murdochem i mogiłami swoich najbliższych: Jou staro uznanie la
ciebie mom. Dla twojyego syrco, Weroniu. Kazden dobrość do siebie ciągnie,
a tyś żyła jak trza - zawsze la świata, choć tobie samyj z tygo nic [...].
Dlatygo jou do ciebie w ostatnij godzinie [...]. I moje Murdoszysko je przecie
chłop... Podeprzyj ty go czasem w sieroctwie i opusceniu, boś ale mu kuma! A i
o moich mogiłkach na cmentarzu nie przepomnij! Bratkami obsadź jak Brzostkowe:
Kurpierza, Jankową i moją... Tyle to ja ci chciała rzyc... Tobie, bo ty
dotrzymos, choćbyś... choćbyś...[3] Różnorodność przewijających się
w powieści postaci, które przychodzą i odchodzą, mają większy lub mniejszy
wpływ na przebieg akcji, sprawia, że książka zyskała tak dobre recenzje. Każda
z tych postaci jest inna, niesie inny bagaż doświadczeń. Niełatwo było
opracować tak zróżnicowany zestaw charakterów, lecz to zostało osiągnięte
z powodzeniem. Tym bardziej, że bohaterowie mówią gwarą śląską, kresową,
północno-małopolską i podhalańską. Cel, jaki postawiła sobie autorka, aby
poszczególne grupy ludności mówiły własną gwarą jest bardzo słuszny i ambitny.
I choć posługiwanie się kilkoma dialektami równocześnie niesie ze sobą ryzyko
popełnienia błędów, przed czym Pawlik się nie uchroniła, to zabieg ten
sprawia, że postacie występujące w powieści są bardziej autentyczne. Nieczęsto zdarza się, że literacki debiut spotyka się z uznaniem czytelników i ma tak dobre recenzje krytyków. Witold Nawrocki pisał: Powieść Wandy Pawlik ukształtowała tradycja polskiej prozy epickiej. Antenaci autorki łatwi są do wyznaczenia [...]. Są nimi Władysław St. Reymont oraz Maria Dąbrowska. Pierwszy nauczył Wandę Pawlik czułości na gwarę i barwność obyczaju wiejskiego, autorka zaś „Nocy i dni" szczęśliwie znowu zwróciła uwagę debiutującej pisarce, że namiętności ludzkie wcale nie są proste i że ludzie nie odnajdują prawdy o sobie w sposób łatwy i prosty.[4] Natomiast wydawca powieści tak pisze na okładce książki: Ten debiut nasuwa myśl o epopei, nie tylko, dlatego, że trochę przypomina Reymonta, że wieś nad Nysą jest tu bardzo kolorowa, pełna codziennych trosk i odświętnych obrzędów, że śmiech i łzy są tu odwiecznie ludzkie. Ze zdaniem tym zgadza się także Bogusław Żurakowski, który pisze: Utwór W. Pawlik pod wieloma względami spełniać może warunki nowocześnie pojętego eposu. Wprawdzie nie znajdujemy tu patosu ani innych wyznaczników odświętności [...], ale autorka potrafiła dostrzec i umiejętnie ukazać bohaterstwo codziennego życia. I na tym polega doniosłość artystyczna i społeczny sens powieści.[5] Dzisiaj książka W. Pawlik zyskuje nowy wymiar. Wydarzenia, o których pisze autorka są, dla większości z nas już tylko historią, dlatego dla współczesnego czytelnika może stanowić ona kompendium wiedzy o rodzeniu się nowego społeczeństwa w tamtych trudnych czasach. Ciekawa fabuła książki i kreacje bohaterów przybliżają nam dzieje Ziem Odzyskanych i ich mieszkańców. [1] J. Pierzchała, Temat możliwości, „Poglądy” 1970, nr 7, s. 11. [2] W. Pawlik, Spotkali się nad Nysą, op. cit. [3] Tamże. [4] W. Nawrocki, Kronika czy epopeja, „Opole” 1970, nr 1, s. 555. [5] W. Pawlik, Spotkali się nad Nysą, op. cit.
|
||
|
|
||