|
|
||
PAMIĘTNIK W. PAWLIK Z CZASÓW WOJNY |
25.11.2008r. | |
|
(fragment) Zamieszczamy tutaj "pierwszy rozdział" pamiętnika, w którym piętnastoletnia Wanda Pisarkówna opisuje pokrótce losy rodziny od wakacji 1939r. do grudnia 1940r. - to jest, do momentu rozpoczęcia pisania pamiętnika. Są to wspomnienia młodej dziewczyny. Taki obraz początku wojny zachowała młoda, wrażliwa dziewczyna.
* * *
Jeszcze dwa lata temu chodziłam do szkoły. Skończyłam szkołę powszechną i zdawałam do gimnazjum. Zdałam. Byłam szczęśliwa, bo chodzić do gimnazjum było szczytem moich marzeń. Potem pojechaliśmy do Babci, do Krynek-Borowych. Pod koniec wakacji zaczęto przebąkiwać o wojnie, starsi z pilnością czytali gazety, słuchali radia, ale mnie
i Zochę tylko to śmieszyło, a nawet złościło, radzono Rodzicom, by nas zostawili u Babci, a sami jechali do domu, do Ostrołęki. Tak też Rodzice zrobili. Pojechali sami. A w drodze spotkał ich nieszczęśliwy wypadek: konie spłoszyły się, wywróciły wóz do rowu, Babcia i Mamusia wypadły, poraniły się okropnie. Tatuś wynajął wóz, złożył na nim potłuczona Mamusię i tak pojechał aż do Ostrołęki. A Babcię odesłał
z Ciechanowca do domu. To był początek nieszczęśliwych przygód. W dwa dni potem, tj. w piątek 1 września zbudziły nas ze snu o świcie straszliwe huki. Szyby w oknach dzwoniły, ściany drżały. To samoloty niemieckie bombardowały sąsiednie dwory i wioski. Wojna. Mówiło się o niej po cichu… i oto już wybuchła nagła, barbarzyńska, niszczycielska. W głuchej wiosce podlaskiej, wśród lasów pielęgnowałyśmy chorą Babcię, rozmawiałyśmy z lękiem o Rodzicach. Co z nimi? Zocha opiekowała się Tereską, jak matka. Chodziliśmy nocami za wieś, gdzie stał krzyż przydrożny; tam zbierały się kobiety, odmawiały różaniec, płakały, tuląc do siebie przestraszone dzieci. w ten dzień zbierać się na polu sołtys zakazał, bo samoloty chodziły eskadrami, czasem pojedyncze sztuki opuszczały się nisko i siekły z karabinów maszynowych do bezbronnej ludności. W tydzień potem przyjechał po nas Tatuś. Przyjechał w ciemną noc na wynajętej furmance. Ostrołękę ewakuowano. Mamusia jest
w Klonownicy pod Białą Podlaską, dokąd wywieziono rodziny sądownicze. Tatuś nas tam zabrał. Biedna Babcia została sama. Ze wzruszeniem żegnała nas w progu znakiem krzyża, gdyśmy odjeżdżali. A w drodze pod Siemiatyczami
dostaliśmy się pod kule. Trzy samoloty niemieckie, dostawszy się pod ogień polskiej artylerii przeciwlotniczej i zobaczywszy, że nie dojdą do celu, opuściły się i zaczęły strzelać do ludności, pracującej w polu. Karabiny maszynowe szczekały zawzięcie, granaty, szrapnele gwizdały, rwały się wokoło. Jakiś koń galopował po polu spłoszony. Rzuciliśmy wóz i biegliśmy przez świeżo zorane pola, coraz to przypadając do ziemi, w stronę widniejącego w dali lasu. Nasz woźnica bał się okropnie i przewracał się tak, że raz myśleliśmy, iż go kula trafiła. Nie zapomnę nigdy zdania, które wtedy na wpół żartem wypowiedział Tatuś:
„Widzicie sroki, dla was to człowiek nawet na kule narazić się gotów”. Co do mnie, to ogarnął mnie jakiś szalony zachwyt? Wszystko było tak, jak w kinie, tylko muzyka była bardziej gwiżdżąca i wyraźniejsza. Nagle zobaczyłam, że jeden z samolotów, trafiony przez naszych artylerzystów, zapalił się; wkrótce wszystkie trzy uniosły się i znikły za górą i lasem. Nie wiem, czy spadły. Na szczęście ludzie pracujący w polu nie ucierpieli. Pojechaliśmy dalej.
w Mielniku
przeprawiliśmy się przez Bug promem i po północy byliśmy w Klonownicy. W Klonownicy byliśmy miesiąc. Wesoły to był pobyt, bo było dużo koleżanek i kolegów, bawiliśmy się jak na letnisku, ale trwożliwy i smutny zarazem. Spokojnie było w samej wsi, lecz z dala często widywaliśmy łuny pożarów w Białej i Brześciu, nocami słychać było odległe huki bombardowania. Gdy zaczęły nadchodzić wieści o zbliżeniu się Niemców, mężczyźni (ci ewakuowani) zebrali się razem i szli w stronę rumuńskiej granicy. Tatuś, naturalnie z nimi. Z Ostrołęki we wsi zostały tylko kobiety i dzieci. i była wtedy jedna noc straszna, noc, w którą każdy czuwał lub zakopywał swoje mienie, przy łunach dalekich pożarów. A szyby w oknach drżały, klamki dzwoniły, huki jak gromy dochodziły straszliwe, a ziemia drżała, jęczała. Po tygodniu mężczyźni zaczęli wracać. i tatuś wrócił wynędzniały, brudny i głodny. Nogi w podartych butach miał poobijane, starte. Był daleko, ale wrócił. We Kłodawie spotkało go straszne bombardowanie, ledwie-że wyszedł żywy. w tamtych stronach głód. Chleba, nawet wody, kupić nie było można.
w Klonownicy zanosiło się także na to. Ewakuowani kupowali konie, wozy i wracali do Ostrołęki. Gdy rodzice w sąsiedniej wiosce tez chcieli kupić konia, spotkała ich mała przygoda. Zatrzymali ich do ciemniej nocy, potem odłączyli jedno od drugiego, Tatusia z pieniędzmi zaprowadzili w ścianki, no i gdy ma się gościa z wypchanym portfelem w ciemnym kącie, wiadomo, co się robi. Ale Tatuś zorientował się, schwycił łańcuch za jedyną swa obronę, pobiegł do Mamusi i oboje popędzili w ciemną noc kilka kilometrów do naszej wsi. Gonili ich, lecz Rodzice umknęli. W końcu jednak kupił Tatuś wóz i dwa śliczne konie. Do naszego wozu zgłosiło się 20 osób, by zabrać się razem do Ostrołęki. w noc poprzedzającą nasz wyjazd Mamusia z innymi paniami piekły na drogę placki. Ja spałam z Terenią w trzeciej izbie, lecz przez drzwi otwarte słyszałam rozmowę. Właśnie obudziłam się w środku nocy, gdy usłyszałam głos Mamusi wymawiający moje imię. Mamusia mówiła do p. Tappercerowej: „Wanda jest znowu inna: zacięta, twarda i zła. Jest skryta, dzika i nieposłuszna. A przy tym ma takie nieczułe, twarde serce. Gdybym odjeżdżała do Ostrołęki
z Krynek, Zocha i Tereska płakały – a Wanda nic". Nie słuchałam dalej. Płakałam cicho, cichutko, wtuliwszy twarz w poduszkę i zraszając ją obfitymi łzami starałam się stłumić szloch, by nie rozbudzić Zochy
i Tereni. Gdyby kto widział łzy moje wstydziłabym się okropnie. Płakałam długo, dopóki sen nie skleił powiek moich. Dzisiaj dziwne mi one moje zachowanie. Dzisiaj naprawdę jestem skryta i twarda. i jestem po trosze dumna z owej twardości mojej. Nie skarżę się nigdy, nie okazuję wzruszeń ni miłości, bo trochę wstydzę się tego. Ale i radość sama w sercu kryję i nie dziele się z nikim jak egoistka. Boję się, by mnie nie wyśmiano, dlatego się nie zwierzam, a nikt mię nie rozumie. Nie lubią mnie. A mi jest czasem przykro, że nie mogę znaleźć przyjaciela. Bom nie warta. Smutno to tak iść przez życie obca, nielubiana z nikim nie zżyta. Ale inną być nie chcę, nie umiem, bo tak jest właśnie dobrze. Kocham samotność. Wówczas… wówczas jednak było mi bardzo, niewymownie przykro, że nawet Mamusia, która najwięcej mię kocha, tylko tak o mnie myśli.
Do Ostrołęki dojechaliśmy po 2 tygodniach szczęśliwie, po drodze spotkaliśmy kolejno wojska polskie ( nawet naszą biedną ostrołęcką dzielną garść ułanów 5 pułku, który wtenczas był już rozbity i bez sztandaru), potem bolszewickie, a na koniec w Borku –niemieckie – ( nad Bugiem). Co ja piszę: dojechaliśmy… ależ nie, przydreptaliśmy na własnych
„samochodonogach”. A podróż była wesoła, choć przykrości spotkało nas wiele i odciski miało się na nogach a w żołądku pustki. Wracaliśmy trzema wozami, całym taborem, jak Cyganie.
W Ostrołęce upłynął nam rok ciężki, rok smutny, w Ostrołęce żyło się jak na wulkanie, ciągle oczekując wybuchu i nieszczęścia. w początkach ciemne mroki okrutnej niewoli rozświecała nam jeszcze nadzieja, podsycona ogniem wiadomości z tajnych odbiorników radiowych. Lecz gdy wykryto, gdy wyszło to na jaw, gdy skonfiskowano radia, aresztowano właścicieli, zgasł dla nas jasny płomień, zagasła nasza gwiazda, jeno okruch z niej pozostał i błyska w ciemnościach aż dotąd słabym i chwiejnym światełkiem, i błyska z oddali, przyświeca tysiącom, tysiącom Polaków, aż po dzisiejszy dzień. Nadzieja nasza... że przyjdzie dzień... A tymczasem zniosło się dla tej nadziei aresztowania niewinnych, wysłania do obozów koncentracyjnych i mordowania ofiar i niszczenie młodzieży naszej w dalekich Prusach Zachodnich i rozłąki z rodziną, byle dzieci uchronić przed wyjazdem do Niemiec, byle je ukryć. i nasza Zocha ukrywała się w protektoracie, podczas gdy my żyliśmy tam…
W Rzeszy, gdzie nas gnębiono, gdzie nam zabroniono chodzić w nocy, gdzie nam chleb i produkty żywnościowe wydawano na kartki w Kantynach, gdzie nam urządzono ciągłe rewizje i obławy, gdzie nam znoszono święta wreszcie i gdzie za jedno gorętsze słowo rozstrzeliwano. Zniosło się i to, zniosło się dużo, o, dużo. Wywłaszczano, przesiedlano, wyzuwano z wszelkich praw własności, aż wreszcie... wysiedlano.
Był to 11 grudnia, środa. Od kilku dni chodziliśmy poubierani we wszystkie potrzebniejsze rzeczy. Spało się tak, jadło i chodziło – kilka dni. We wtorek się rozbieraliśmy – nie sposób było wytrzymać z gorąca. A tobołki popakowane były już w niedzielę. w nocy o czwartej przyszli. Z karabinami, ośmiu, stukając butami, świecąc latarką; w dwadzieścia minut mieliśmy się ubrać i wyjść... by nigdy nie powrócić. Jeden żandarm został, tamci poszli do sąsiada. Sublokatorowie
nasi, Niemcy poczęli szwargotać z żandarmem, dzięki temu mieliśmy więcej niźli
pół godz. czasu. Tyle, co się ubrać ( w pięć koszul, 6 sukienek, swetry,
fartuchy, płaszcze – długo to zajmie) w rękę wolno wziąć tylko 25 kilo, pościeli
nie można. Tobołki wzięliśmy w ręce. Jeszcze ostatni rzut oka na te drogie trzy
pokoje, na tę kuchnię jasną, gdzie mieszkało przez lat tyle ciche, pogodne
szczęście. Ani łzy, ni skargi żadnej. Jeno cichy, przejmujący smutek, jeden
skurcz bolesny koło serca i wyszło się w noc ciemną, mroźną, grudniową już
wygnańcy. Zgrzyt klucza w zamku, ostatni i gdy znikł klucz w głębokiej kieszeni
żandarma – mieszkanie zarekwirowano. Mamusia szła blada, pochylona pod ciężarem
tobołka i, zacisnąwszy usta, spoglądała martwymi oczyma w jasne okna, bo światła
zapomniano zgasić w pośpiechu. Potem szliśmy przez mroczne, puste ulice; śnieg
skrzypiał pod stopami, a nad nami wznosiło się szare, zachmurzone niebo. Między dwoma rzędami żandarmów przeszliśmy do wielkiej nawy kościoła. Tłok tam, gorąco i zaduch niesamowity. Gwar, tu odszukuje się rodzina, tam witają się znajomi, jedzą lub palą papierosy słychać głośne śmiechy zaprawione goryczą to znów przekleństwa i groźby, lecz łez i lamentu nie widziałam. O, bo Kurpie to lud dumny, nieugięty, ból swój w sercu chowa bez skargi, a swą rozpacz okazać przy wrogu? Nigdy!!! Potem wieźli nas długim sznurem ciężarowych samochodów dzień cały. Na każdym wozie siedział żandarm z karabinem. Mróz był siarczysty. Kto miał zapasy to jadł podczas jazdy. i było mimo wszystko wesoło; a mijając miasta widzieliśmy współczujących nam ludzi. Płakali widząc naszą niedolę. Nam zaś wcale nie do płaczu było. Zanadto byliśmy ciekawi, co się z nami stanie. Jakoż na wieczór przyjechaliśmy do Działdowa. Tam otrzymaliśmy numery (ja miałam 1009) i zdać musieliśmy wszystkie pieniądze, a rewizja zabrała nam z tobołków wartościowsze przedmioty. Potem przeszliśmy do koszar obstawionych wartami, gdzie nocowaliśmy na barłogu ze słomy i spędziliśmy dzień następny do godz. 4 pp. Przyniesiono tam dla nas zupy z pęczaku i kawy, ale nasza rodzinka wyrzekła się tej zupy, była, bowiem nagotowana z wątpliwą czystością. Na drugi dzień każdy numer otrzymał 20 zł. Na szczęście mieliśmy, jeszcze w domu, zaszyte w płaszczach kilkadziesiąt marek, więc patrzyliśmy w przyszłość z większą niżeli inni ufnością. Rozdano również po troszku żołnierskiego chleba, załadowano nas na pociąg, przedziały zaplombowano i ruszyliśmy w nieznane. Gdy raz stanęli w lesie (a to noc była) pocieszyliśmy się, że nas wykończą. Ale powieźli nas dalej. Zimno było okrutne, dokuczał nam głód i pragnienie, niemowlętom szczególnie i chorym przydałoby się coś gorącego, bo nogi i ręce drętwiały, lecz pociąg przystawał w szczerym polu, by nam ludzie nic nie podawali. i tak wieźli nas dzień i noc i dzień następny przez Niemcy, Toruń, Łódź i Częstochowę aż do Krakowa.
|
||
|
|
||